Weekend spędziłam pracowicie. Dwa razy byłam na basenie z synem. W sobotę byliśmy na zakupach w Warszawie w Złotych Tarasach. Kupiłam trochę ubrań dla Julka. Będziemy musieli jeszcze gdzieś pojechać, bo brak mi jeszcze dla niego spodni na tzw. wyjścia, a na tym mi najbardziej zależało. Dla Julka wszystko jest obciachowe i trudno mu dogodzić. Sklepy teraz kuszą znacznymi obniżkami towarów. Po zakupach poszliśmy do restauracji. Julek trochę się burzył, że to nie MacDonald’s lub Pizzernia. Przynajmniej zjadł normalny obiad. Sama zamówiłam dużą sałatkę z kurczakiem. Do domu wróciliśmy wieczorem. Dla nas wyjazd do Warszawy to cała wyprawa. W naszym mieście nie ma dużego wyboru w sklepach. Julek wyrósł z odzieży dziecięcej, a nie dorósł do ubrań dla dorosłych. Powinno być więcej sklepów dla nastolatków. W niedzielę piekłam chleb dla siebie i dla koleżanki. Resztę dnia spędziłam na uczeniu Julka mnożenia i dzielenia pisemnego. Dzielenie w ogóle nie wchodzi mu do głowy. Postanowiłam, że codziennie będę z nim to ćwiczyć, to może w końcu załapie, o co w tym chodzi. Umówiłam się z koleżanką na wspólne chodzenie na basen 3 razy w tygodniu. Na razie mają to być piątki i soboty, a co do trzeciego dnia musimy się jeszcze dogadać.
11 January, 16:54
Aniu! Podziwiam Cię, że się nie poddajesz, że wciąż na nowo próbujesz. Działaj małymi kroczkami, byle do PRZODU!